The Everfree Forest

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

The Everfree Forest

Pisanie  DHMO (Tavi) on 17/11/2013, 20:24

Czyli taki mały, dość jasny (i bezpieczny) las w okolicach okolic, w których Ponyville było, a więc Equestrii zadupie jest to. Apokalipsa z odpowiednim "pierdut" duże problemy na tym obszarze miała, dlatego obrzeża tylko poginęły od tego wszechpromieniowania. Ale kogo obchodzą jakieś obrzeża? Ważne, że plantacje porzeczek przetrwały. I króliki jak kicały, tak kicały.


W ogóle dziwnych syfów można się tam nabawić w tym całym Everfree. I fantasy potworów rodem z "Eragona",  "Harrego Pottera", "Odysei" czy "Mody na sukces" trochę jest. Ale Dehaemowi to pasuje — więcej frajerów do okradania w końcu jest, a na żółtaczkę i tak chorować choruje już. Choć, dziwnym trafem, każdy lego ani pozłacanego złota nie ma — tego, co akurat mu najbardziej potrzebne trochę jest. Wkurzonum Dehaemoum est.


Podobno w Everfree cośtam przechowywano; Elements of Harmony i takie tam dla dzieci popierdółki. No i jeszcze Magiczne-Cudo-Kopiuj-Wklej-Bez-Komputera, zwane przez buraków "The Mirror Pond" jest podobno. Ale z tego korzysta kto, no pytam, no? Co Ty, łoś? A ja Ci mówię, że bez sensu jest to coś.


No i jeszcze chatka Zecory gdzieś tam jest. Samej Zecory nie ma, bo na porzeczki przed apokalipsą tuż jej się zachciało i pewnie nic z niej nie zostało. Ale miejmy nadzieję, że nie! DHMO podglądanie Zecory lubił i lubiłby dalej. Niechaj Zecora wróci, bo jeśli nie, to broń Zecoro! Tyś dla DHMO podporą.

avatar
DHMO (Tavi)
Admin/Grafik

Liczba postów : 68
Join date : 22/10/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Discord on 26/12/2013, 22:32

Ale nie tylko DHMO pojawiał się w lesie Everfree.
Och, Discord zawsze uwielbiał to miejsce. Nawet przed apokalipsą rządziło się swoimi prawami, a kucyki nie miały nad nim żadnej władzy. Chaos lvl: over 9000. Idealne miejsce dla niego!
Teraz wygląd się trochę zmienił, aczkolwiek biorąc pod uwagę resztę Equestrii, to było całkiem normalnie i zielono. Tak, ta magia, która tkwi w tym miejscu nie pozwoliła super-czarom na jego zniszczenie. Oczywiście, i tu zagłada zaglądała stworzeniom w oczy, ale tak jakby mniej, niż wszędzie indziej.
Discord, w swojej wędrówce po całej krainie, postanowił odwiedzić to miejsce, bo mu tak pasowało. Nie szukał wyjaśnień, czemu - bo i po co one komu? I komu by niby o nich opowiedział? Przecież nie drzewom.
Las, jak to zwykle w bajkach nie bywa, nie był cichy i spokojny. Nie, nie las Everfree - taka jedyna ostoja chaosu w dawnej, nudnej Equestrii. Ale nie teraz, teraz wszędzie był bałagan. I to było takie piękne. W dodatku, ten bałagan zrobił się sam, bez jego pomocy. Czy potrzeba czegoś więcej do życia, no, powiedzcie?
Spacerek po lesie - zawsze spoko.
avatar
Discord
Admin/Mistrz Gry

Liczba postów : 22
Join date : 26/12/2013
Skąd : Mordor

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Gość on 27/12/2013, 09:59

Także Ununtri znalazła się w lesie Everfree. Przypadek? Nie sądzę. Ale jej celem nie był spacerek i podziwianie krajobrazów a raczej powrót do swojej bazy. Wracała właśnie z polowania na roślinki, więc w małym woreczku trzymała kilka ziółek z których pewnie zrobi sobie coś do jedzenia. Oczywiście pod warunkiem że po spożyciu tego posiłku nie będzie się świecić na zielono. Trzymała owy worek w ustach, bo zapomniała ze sobą zabrać torby czy też jakiegoś sznurka. Mimo że znała las jak własną kieszeń zawsze pozostawała czujna i skupiona. Nigdy nie wiadomo co czai się w gąszczach lasu Everfree. Ba, przed apokalipsą to była dobra zagadka a co dopiero teraz! Klacz z czasem dotarła do swego schronu w pełni uciechy. Bądź co bądź tam czuła się trochę bezpieczniej niż na otwartej przestrzeni. Ale żeby schować się w tym "bezpiecznym" miejscu trzeba się trochę namęczyć. Właz do schronu znowu sprawiał problemy. Cóż, był ciężki i oporny a jednemu pegazowi nie łatwo jest go skłonić do obracania się.
-Nawet do własnego domu nie mogę wejść!-Warknęła szarpiąc się z włazem.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Discord on 27/12/2013, 19:25

I szedł.
I szedł dalej.
I szedł jeszcze dalej.
I szedł jeszcze dalej, niczym hobbit w swoją niezwykłą podróż.
Nic interesującego nie kręciło się po krzakach. A przynajmniej nic na tyle interesującego, aby zwrócić na to uwagę. W pewnym momencie gdzieś mignęło coś fioletowego. Całkiem spore, w dodatku przemieszcza się w miarę szybko.
...kucyk, jak miło! Przecież na Pustkowiach tak trudno je teraz spotkać. Albo się chowają, albo próbują nawzajem pozabijać/pozjadać. Ewentualnie są zajęte szukaniem pożywienia, rodziny, przyjaciół, szczęścia, miłości, pieniędzy... Meh, to takie oklepane. Jak w kiepskim filmie katastroficznym.
Chwilę później Discord siedział na dachu schronu, spuszczając głowę na dół i dokładnie przyglądając się fioletowemu pegazowi. Powinien się przywitać?
- Kopnij, to zawsze działa - stwierdził na wypowiedź klaczy i pokiwał łbem. Nie zwracał uwagi na to, że nie mówiła do niego. Czy rozmawianie z samym sobą nie jest przypadkiem objawem choroby psychicznej?
- ...wiesz, może i bym Ci pomógł, ale to w sumie śmieszne, jak mordujesz się z tymi drzwiami. To pierwszy raz, czy lubicie się tak podroczyć częściej~?
Był bezczelny? Może. Ale mógł, bo przecież był Discordem.
avatar
Discord
Admin/Mistrz Gry

Liczba postów : 22
Join date : 26/12/2013
Skąd : Mordor

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Gość on 27/12/2013, 19:53

Wystraszyła się tajemniczego głosu który jej odpowiedział jednak powstrzymała gwałtowną reakcję a zamiast tego podniosła jedynie głowie i ujrzała...jakieś coś. Pierwszy raz w życiu ujrzała takie dziwne stworzenie zatem do głowy jej przyszło że kiedyś Discord mógł wyglądać inaczej a na jego obecny wygląd zadziałały chemikalia i radioaktywność. Ale wysłuchała tajemniczego gościa i tak jak powiedział Ununtri kopnęła w właz który rzeczywiście potem się otworzył.
-Te drzwi chyba mają do mnie słabość, bo ostatnio często tak robią.-Pochwyciła humor faceta kontynuując niepoważną rozmowę. Podziękowała lekkim wręcz ledwo widocznym skinieniem głowy po czym chwyciła woreczek z roślinami do ust. Chciała już wejść do środka, gdy nagle zatrzymała się. Spojrzała jeszcze raz na Discorda jakby się właśnie nad czymś zastanawiała.
-Też jesteś stąd?-Mówiła przez zaciśnięte zęby na worku.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Discord on 27/12/2013, 20:04

O, drzwi rzeczywiście puściły. I po co się męczyć, skoro można siłą? Łatwiej, szybciej, wygodniej, przyjemniej. Co prawda może zaboleć, ale to i tak niewielka ofiara.
To w sumie miło, że klacz się nie bała. Teraz spotkanie kogoś takiego, jak on, nie było na Pustkowiach niczym nowym czy dziwnym - zdarzały się o wiele gorsze przypadki. On przynajmniej miał dwoje oczu, jedną głowę i cztery nogi/łapy/kopyta, w dodatku wszystko na swoim miejscu! Chyba.
- A zaprosiły Cię już na kolację, żebyście się mogli bliżej poznać? - wyszczerzył zęby w uśmiechu, kontynuując tę dziwną gierkę. - Bo jeśli nie, to ty powinnaś to zrobić. Może są nieśmiałe i próbują zwrócić na siebie uwagę w jakiś sposób?
Fajnie odezwać się od czasu do czasu do żywej istoty, szczególnie, jeśli wydaje się być inteligentna. Wtedy zauważył dziwny ogon kucyka - oj, albo rodzice mieli dziwne zwyczaje, albo ktoś tu miał bliskie spotkanie z toksycznymi odpadkami. Nie chciał na razie o to pytać, przecież to by było niegrzeczne, a kultura musi być! Ale Discordowi podobał się jej ogon, był taki... Inny?
- Ja, stąd? Och, nie. Jestem zewsząd.
avatar
Discord
Admin/Mistrz Gry

Liczba postów : 22
Join date : 26/12/2013
Skąd : Mordor

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Gość on 27/12/2013, 20:25

Parsknęła śmiechem w miarę jak słuchała słów przybysza. Raczej nie kryła swojej radości że wreszcie miała do kogo otworzyć pyszczek ale to chyba i dobrze. Tyle czasu przebywać samemu, martwić się tylko o swój zadek i zastanawiać się czy właściwie nie jest się ostatnim żywym kucykiem w Equestrii. Mmm, nic ciekawego ani przyjemnego.
-Zewsząd?-Powiedziała domyślając się że facet podróżuje.
-Nie jestem pewna co lubią jeść drzwi...Z kolacją był by problem. A Ty? Co jadasz na kolację?-Spytała wrzucając do schronu na oślep worek z pseudo jedzeniem. Znała Discorda niecałą minutę i nawet nie znała jego imienia a jednak Ununtri strasznie go polubiła. Może to przez jego zabawny humor, a może dlatego że też wygląda inaczej. Był inny niż reszta kucyków i wyróżniał się z tłumu...Zupełnie jak fioletowa klacz.
-Pasowałaby Ci zupa z pokrzyw?-Chyba właśnie zaprosiła Discorda na kolację zamiast tych nieszczęsnych drzwi. Ach, co za pech! Ale cóż, obydwoje są do siebie tacy podobni to Ununtri miała prawo się pomylić.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Discord on 27/12/2013, 20:55

Otwarty kucyk. Teraz wszyscy byli tacy mili? Przegapił coś, czy Celestia postanowiła nauczyć swoich poddanych kulturalnego zachowania wobec dziwnie wyglądających nieznajomych? W sumie, całkiem sporo siedział w tym kamieniu, ale taką zmianę zauważyłby trochę wcześniej.
- Owszem, zewsząd - kiwnął głową, nadal szczerząc zęby. - Jestem to tu, to tam, zależy, na co mam ochotę.
Nie wiedział, co lubią jeść drzwi. Ale korniki lubią jeść drzwi. Chyba nie o to chodziło, no ale mniejsza.
- Co się nawinie. Czasami się coś złapie, innym razem się coś wyczaruje, różnie bywa - wzruszył ramionami. Od kucyków różnił się zawsze, bo kucykiem bynajmniej nie był nigdy. To logiczne, prawda? Niestety, w Equestrii większość napotkanych stworzeń stanowiły kucyki. To takie nudne. Rzadko zdarzały się gryfy, jeszcze rzadziej smoki. Ale ten pegaz różnił się od innych pegazów, bo miał fajniejszy ogon - trochę przypominał lwi.
Uniósł brwi.
- Czy mam to potraktować jako zaproszenie na kolację? Przecież miałaś zaprosić drzwi. Chyba, że jednak do nich mówiłaś - ale jakby się zastanowić, to co mu szkodzi? Zupa z radioaktywnych pokrzyw dobra rzecz, podobno pomaga na oczy.
A nie, to z marchewek.
- Pasowałaby mi i chętnie z tobą zjem, ale jeśli powiesz mi, czemu masz lwi ogon. To się raczej nie zdarza na co dzień u kucyków - postawił ultimatum, bo przecież miał takie prawo. Jemu nie zależało, on równie dobrze może się stąd zabrać. Trochę ciekawiła go jej historia. Uświadomił coś sobie.
- Ależ, chwila - pstryknął palcami, i chwilę później pojawił się na ziemi obok pegaza. - Gdzie moje maniery, nie przedstawiłem się. Discord, władca chaosu i niezgody - ukłonił się lekko, chociaż wszystko robił w nieco ironiczny sposób.
avatar
Discord
Admin/Mistrz Gry

Liczba postów : 22
Join date : 26/12/2013
Skąd : Mordor

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Gość on 27/12/2013, 21:15

Jej założenia potwierdziły się, Discord faktycznie był podróżnikiem. Albo włóczęgą/bezdomnym, jak kto woli. Rzecz w tym że podróżował po świecie. Ununtri natychmiast przyszło do głowy że facet musiał zwiedzić kawał Equestrii, cóż może i po apokalipsie ale jednak. To też mogłoby wytłumaczyć niecodzienny wygląd gościa. Wyglądał na niezdrowo nafaszerowanego sterydami i chemikaliami kucyka ale pegaz tak czy siak nie był pewny czy tak mocna mutacja jest możliwa.
-Racja, to się nie zdarza na co dzień u kucyków.-Rzekła po czym odskoczyła ze zdziwieniem. Przybysz w jednej chwili był tam a teraz jest tu. Ununtri wytrzeszczyła oczy.
-Discord? Mam dziwne wrażenie że kiedyś o Tobie słyszałam.-Apokalipsa wymazała jej z głowy kilka faktów z historii Equestrii a zamiast tego wcisnęła poradnik przetrwania ale mimo wszystko klacz nadal potrafi kojarzyć pewne fakty.
-Jestem Ununtri. A mój ogon to niefortunny skutek zielonej jaskrawej wody, chociaż Ty nie wyglądasz lepiej.-Zaśmiała się. Nie chciała obrazić Discorda tylko dopowiedzieć coś w ramach żartu.
-To co, wejdziesz?-Spytała dosyć serdecznie wpatrując się w niego. Na usta cisnęły jej się pytania, bo w końcu przebywa z magiczną istotą która nie jest jednorożcem ale jednak jakoś udawało jej się powstrzymać.

//zt// Chyba tutaj "zt", a jak nie to przepraszam, bo wydaje mi się że w tym poście .-.


Ostatnio zmieniony przez Ununtri dnia 29/12/2013, 19:51, w całości zmieniany 1 raz

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Discord on 27/12/2013, 22:10

Nie do końca był podróżnikiem. Włóczęgą/bezdomnym tym bardziej, broń czekoladowy deszczu! Kawał Equestrii zwiedził, w istocie - a nawet dwa kawały. Rzecz w tym, że te kawały wszystkie były takie same - wszędzie piasek, skały i małe krzaczki [pozdrawiamy Libię i Egipt]. Czasem zdarzył się jakiś opuszczony budynek czy miasteczko... Rzadkością były miasta, ale jednak były! W Enklawie natomiast nic się nie działo, jeszcze nudniej, niż na Pustkowiach.
Zaśmiał się, gdy klacz odskoczyła. Słyszała o nim, hm? A to dziwne, przecież on taki nieistotny był...
- Doprawdy? - ponownie pokazał swoje piękne zęby. - Nie chcę się przechwalać, ale nie wiem, czy w Equestrii znajdzie się taki kucyk, który by o mnie nie słyszał - stwierdził, być może zgodnie z prawdą.
- A więc tak było. Mógłbym powiedzieć, że jest mi przykro i że Ci współczuję, ale wtedy bym skłamał, więc tego nie powiem. A ja... Cóż, przynajmniej nie wpadłem w chemikalia. Taka rasa, przez tysiące lat można się przyzwyczaić.
Ale to smutne, prawda? Potem kucyki ją zostawiły samą, bo miała dziwny ogon? Pff, to też brzmi na oklepane, więc po cichu liczył, że usłyszy ciekawszą historię.
- Panie przodem - a tego to go Fluttershy nauczyła, ładnie, prawda? Jeśli Ununtri będzie zadawać pytania, to Discord raczej nie będzie miał problemów z odpowiedzią. Lubił mówić o sobie. Kolorowanie faktów to już zupełnie inna sprawa.

z/t tutaj.


Ostatnio zmieniony przez Discord dnia 29/12/2013, 21:37, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Discord
Admin/Mistrz Gry

Liczba postów : 22
Join date : 26/12/2013
Skąd : Mordor

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  DHMO (Tavi) on 12/2/2017, 00:03

Czejndżling-bardzo-zły jesteśmy zdecydowanie na pewno tak. Trzy lata w podświadomości projekcji pogrążyć się, odpowiedzialny o świat mógł zrobić tak nie. Zły czejndżling, zły bardzo tak i użyteczny bardzo nie. A że cokolwiek czejndżlinga w lesie upiornym wybudziło z zaświatów nie, to dopiero do wiary było nie.

Chadzaliśmy się więc prze po owym lesie trochę, po tym zbiorowisku krzaków porzeczkowych tak i porzeczkowych nie. Roślinność do życia wracała za bardzo i pokonywanie trasy trudność niemałą sprawiało, ale wielki czejndżling-bardzo-zły każdej trudności sprosta przecież. Lecz wszystko w dziwnej ciszy trwało. Materia niby ożyła gęsto po wydarzeniu, które cywilizacyjny słońca zachód  poprzedziło, lecz obcej i martwej wrażenie sprawiała, a mroczniejsza i czarniejsza od samego czejndżlinga była prawie. Naprawdę.

Wiele dziesiątek prze momentów minęło troszeczkę, a jedyne materii drganie słyszeliśmy tylko z szelestu ściółki, po której szliśmy, skrzypiących drzewnych ramion i chaszczy nococzarnych i wszechobecnie obecnych. Wreszcie spod skończonych nie roślinnych dachów i krzewów zmierzonych nie, dokonaliśmy spojrzenia na magnetoelektrycznych fal falę.

Posunęliśmy pyszczek po ostatnich chaszczach i na trawę wysoką skoczyliśmy z ulgą tak. Poobijani i porozdzierani, a przecież komiksowa forma nasza ledwie na taki szczegół pozwalała w ogóle. A co więcej, las trwał wciąż, i chwilowo tylko zdawał się na gęstości tracić. Kraina cała w owej nuklearnej roślinności pogrążyć się zdawała na pewno. A żywej istoty, poniacza czy dragona, zdawało się być nie. Pod kogokolwiek podszywać mogliśmy się nie bardzo.

Niech znak życia da ktoś, niech ktoś tchnie. Przez jak długi czas naprawdę było nas tu nie?

avatar
DHMO (Tavi)
Admin/Grafik

Liczba postów : 68
Join date : 22/10/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Duch on 16/2/2017, 22:48

Biegłem długo. Sam nie wiem ile, ale zaczęło się już robić ciemno. Chciałem zostawić za sobą tę bestię... Dużo rzeczy chciałem zostawić za sobą...

Może za dużo...

Gdy uznałem, że byłem wystarczająco daleko od wyjścia ze Stajni, zwolniłem i rozejrzałem się po otaczającym mnie lesie. Tyle zieleni w martwym świecie... Jak to będzie wyglądać za 200 lat? Byłem oczarowany roślinnością. Wydawało mi się, że co jakiś czas widziałem kwiaty! Ale nigdy nie mogłem zobaczyć ich ponownie, bo znikały w gąszczu... Przypomniało mi to, że nie wiedziałem gdzie jestem, ani dokąd idę... A co mi tam... Pójdę prosto. Jak duży może być las po apokalipsie...

Na pewno większy, niż myślałem... Szedłem cały czas, a te cholerne drzewa wyglądają, jakby się ze mnie naśmiewały... Najgorsze jest to, że one wszystkie są takie same! Gdziekolwiek nie pójdę, ciągle wydaje mi się, że już tam byłem! Ale nie widziałem jeszcze żadnych stworzeń. Jak martwa jest dzisiejsza Equestria? Był prawie środek nocy i miałem problemy z znajdywaniem drogi w gąszczu. Muszę znaleźć jakieś bezpieczne miejsce... I coś do jedzenia... Odkąd się obudziłem, nic nie zjadłem i teraz zaczynało się to mścić. Na szczęście, w chmurach, co jakiś czas, pojawiała się dziura i Księżyc oświetlał ziemię na tyle, żebym nie musiał się zatrzymywać.

Gdzieś z prawej usłyszałem szelest. Inny niż normalny, roślinny szelest spowodowany wiatrem. Widok, na cokolwiek wydało ten dźwięk, zasłaniał mi jakiś krzak. Miał jakieś małe, czerwone owoce, ale bałem się ich zjeść. Ostrożnie rozsunąłem liście i spojrzałem na małą polanę. Zobaczyłem ducha. Nie byłbym nawet zdziwiony, gdyby nie to, że był inny, niż inne. W odróżnieniu do reszty, miał w sobie żółto-zielony poblask... Poza tym nie wyglądał, jak kuc. Jego ciało pokryte było jakby płytami, a z pyszczka wystawały mu kły. Miał róg. Ale miał też skrzydła. Zaraz... Widziałem już coś podobnego... Próbowałem sobie przypomnieć, gdzie mogłem widzieć takie stworzenie, ale mój wygłodzony umysł nie mógł sobie z tym zadaniem poradzić. Coś jeszcze jest z nim nie tak... Skupiony na nim, nie zauważyłem, że moje kopyta poniosły mnie do przodu.
TRZASK
Oj... Spojrzałem pod swoje nogi i zobaczyłem złamany patyk. Ach, cholera. Podniosłem wzrok i wpatrywałem się prosto w żółte oczy. Zbyt blisko, jak na mój gust. Odruchowo rzuciłem się do tyłu, ale zaczepiłem o krzak i poleciałem na plecy... Dziwny stwór dalej mi się przyglądał, z lekko przekręconą głową. "Emm... Cześć?" Powoli wstałem i otrzepałem się z brudu. Duch. Ale rusza się. Mówi? "Więc... Jestem... Duch? Tak! Mów mi Duch! A ty? Też jesteś duchem, ale jak się nazywasz?" Szczerze nie spodziewałem się odpowiedzi, ale jeszcze się na mnie nie rzucił. Czemu miałbym nie próbować dyplomatycznego podejścia? Mimo wszystko skupiłem magię wokół pistoletu, schowanego pod płaszczem. Zwariowałem... Rozmawiam z duchami. I muszę sobie znaleźć prawdziwe imię... Przywdziałem wymuszony uśmiech i patrzyłem z oczekiwaniem na coś, stojące przede mną.

Duch

Liczba postów : 10
Join date : 09/02/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  DHMO (Tavi) on 17/2/2017, 16:49

Czejndżling-bardzo-potężny jesteśmy zdecydowanie na pewno tak. By z zaświatów istotę żywą wezwać, jedna myśl wystarczyła nam tylko tak. Poniacza żywego, a jednocześnie Duchem się zwącego bardzo, a przy tym w korpuskularno-materialnej formie wciąż pozostającego najwyraźniej i jak do wybawcy uśmiechającego się do nas. Zawiedzeni byliśmy zdecydowanie, gdyż Matkę Krystynę chcieliśmy zobaczyć chyba na pewno bardzo, ale przednamny zwierzak zbyt nieinteligentny na czejndżlinga był chyba. Stał przed obliczem naszym, w formie leżącej nawet troszkę, świadom pozycji swej podstopiej w scenie owej. Cieszyliśmy się jednak, że choć taką formę życia i śmierci mieliśmy na szarym pustkowiu tym okazję spotkać troszkę. Przez własną naszą nieeksperiensję w przyzywania sztuce poniacza dostaliśmy takiego, a nie Krysię na przykład.

I poniacz ów za nieumarłego uznał nas w ogóle. Faktycznie, umarliśmy kiedykolwiek nie, ale duchem także na pewno byliśmy nie. Bał się nas jednak tak, więc inteligencję baranią co najmniej miał chociaż. Wart niewiele ponad tyle, co ów krystynny zdrajca Klatka Piersiowa, ale do poniaczy pozostałych zaprowadzić mógł nas na pewno, dlatego czejndżling-bardzo-dobry tryb musieliśmy włączyć na tę okazję. Zagubiony był najwyraźniej i pomocnej kończyny wspaniałej istoty wymagał, jaką jesteśmy.

Pierwszy raz odezwać się od tak długiego czasu postanowiliśmy więc; z trudem nam głosodajne organy w grę wprawić było na pewno. Ton utrzymaliśmy pacyficzny, a szybkość poniżej średniej utrzymaliśmy, by zarówno mowę oszczędzać naszą, jak i niewydajną komórkę siwą subiekta też. Ale odchrząknęliśmy pierw, by dostęp do organów sprawdzić w ogóle.

Dz-dz-dzień dobry wieczór, p-poniaczu najmilszy! — Naturalnie introdukcję spsuć musieliśmy. — Duchem jesteśmy zdecydowanie bardzo chyba raczej na pewno tak! Życzliwości Duchem i... Pomyślności. Wezwaliśmy cię w te progi przyjemne, byś nam drogę do braci twoich wskazał, byśmy szczęście i promienistość mogli nadać poniaczom w owych czasach popromiennych.

Schrzaniliśmy trochę z promieniowaniem tym. Widząc konfuzję wciąż na jego marnych licach, dodaliśmy wnet:

Nie obawiaj się nas, bośmy duch dobry i życzliwy! Forma nasza to konswekwencja ciemności z lasu tego wypływających. Inną formę niematerialną będziemy mieli, gdy z miejsca owego wyjdziemy. Wstrzymaj magię swą, a w strony twe wnet pójdziemy.

avatar
DHMO (Tavi)
Admin/Grafik

Liczba postów : 68
Join date : 22/10/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Duch on 22/2/2017, 17:32

Duch Życzliwości i Pomyślności... Musiałem się czegoś nawdychać w tym lesie... Nie mogłem nic wyczytać z jego twarzy. Fala ekscytacji spowodowana niespodziewanym spotkaniem już minęła i przypomniało mi to o moim burczącym brzuchu...

"Emm... Takie głupie pytanie... Masz może coś do jedzenia?" Jak duch może mieć coś do jedzenia? Nie wiem, ale nie mam zbyt dużego wyboru... Spojrzałem na niebo i zauważyłem, że Księżyc zaczął zbliżać się do horyzontu. Było już sporo po północy i zaczynało się robić zimno. Byłem wdzięczny za płaszcz. Nie mając nic lepszego do robienia, zacząłem rozmyślać o tej dziwnej zjawie. Dlaczego on tak dziwnie mówi? I jeszcze może zmieniać wygląd? Wydaje mi się, że kiedyś słyszałem o stworzeniach mających taką zdolność, ale nie mogę złapać gdzie... Dalej nie ufam mu do końca, ale może wyprowadzi mnie z tego lasu...

"Wiesz może, gdzie mogę znaleźć jakieś miasto. Najlepiej jakieś duże... Potrzebuję odpowiedzi." Spojrzałem się na mojego rozmówcę. Wciąż nie mogłem sobie przypomnieć, czym on jest...

AUUUUU!

"Co to było!? Wilk? Wiesz co, może najpierw wyjdziemy z tego lasu i potem porozmawiamy... Co ty na to? Hehe!" Przysięgam, że to był nerwowy śmiech! Chociaż Duch 2 spojrzał się na mnie dosyć dziwnie... Dlaczego to wycie nie zrobiło na nim wrażenia? Nie podoba mi się to...

Czym on jest?

Duch

Liczba postów : 10
Join date : 09/02/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  DHMO (Tavi) on 9/3/2017, 19:21

Czejndżling-bardzo-skonfudowany jesteśmy zdecydowanie na pewno tak. Poniacz ów przed oczyma naszymi stojący nie tylko sam w fortunnym stanie wiedzy o innych współgatunkowiczów smacznych lokacji był nie, lecz wręcz jeszcze nas o wsparcie w tej kwestii prosił tak. Nie tylko egzorcystycznymi myślami przyzwana tu przez nas istota użyteczna była nie, gdyż burdenem wręcz stała się tak, począwszy jakieś podejrzenia na naszą osobę skromną rzucać troszeczkę. Myśli umysłu tępego jego znać możemy nie, a dla dobra własnego chcielibyśmy wręcz nie, lecz po wyrazie twarzy powątpiewanie dostrzec potrafimy bardzo tak, a kreatura przedoczynna aktorem świetnym zdawała się być chyba na pewno nie.

W myśli takiej w początkowej seansu fazie ucieraliśmy się, bo potem z morfologicznego zera panikę jakąś i wilka wizję otworzył. Dziwne, że zdziwił nas moment ów; retard schematyczny schizofrenikiem wszak jest raczej zazwyczaj zwykle też tak, a poniacz przed obliczem naszym leżący idealnie się w kategorię tę wpisywał. Przedtem jednakśmy skomentowali jeszcze o miasto pytanie słowami takimi:

— Oczekiwaliśmy tak, iż ty nam poniaczy zlokalizujesz trochę, śmiertelna kreaturo niekrystynna.

W lesie mroczniej jeszcze niż wcześniej nastało wnet zaraz. Kumulowaliśmy my socjalną swą energię do zwymyślania pona poczęcia głośno, jego dyswartości wszystkich wymienienia w tempie poniaczy ruchu z atmosfery anomaliami na przedskrzydlach wytatuowanymi, lecz zdążyliśmy z tym nie, gdyż w chwili nagłej przeszywający ból poczuliśmy, całe ciało nasze nietrwałe ogarniający w fali nieoczekiwanej cierpienia niczym ponadzerowostopniowy wielomian ograniczonego; wydzieraliśmy organy nasze głosodajne jak nigdy przedtem w epoce owej, oślepieni do siatkówki głębi, do każdego oczowego pręta, gdyż na oblicze nasze padł krwiożerczy blask księżycowy.

Widząc cokolwiek nie, straciliśmy w momencie tym samym nad pionem panowanie, jak kłoda upadliśmy na drzewo, a potem w obrotowy ruch wprawiliśmy się bardzo, północny stok wzgórza leśnego jakiegoś z chaszczy oczyszczając. Wciąż po księżycowym uderzeniu cierpiąc, a także od tego sturlania się trochę tak też, znaleźliśmy się w znanym wcześniej nie stanie bezmocnym, jak przez gryfona zadrapani wszędzie tak, z sokami wypływającymi w ilościach obfitych też tak. Niekontent byliśmy bardzo, że własne nasze kończyny odmówić chciały nakazu ich czejndżlinga właściciela, a z formą zmiany też mieliśmy trudności skończone nie. Utrzymywaliśmy się więc w takiej bezruchowej formie przez momentów kilka, bez siły nawet by drgania jakiekolwiek wywołać, gdy z dala poniacza wołania słyszeliśmy.

Ale potem zaraz procesy oddechowe nawet wstrzymaliśmy w zgrozie i konfuzji, bo obcej życia formy nieponiacznej wyczuliśmy, a bardziej kreatury owe nasze za fluidami naszymi rannymi podążyły. Martwiliśmy się jednak nie, o nie, gdyż naturalnie czejndżling potężny by sobie z zagrożeniem każdym na pewno poradził tak, nawet w stanie fizycznym takim optymalnym do końca nie. Krzewy porzeczkowe gałęzi kilka przed nosem naszym stojące zaszeleściły potem, a potem zza owoców,

tych cudownych, soczystych, idealnych, doskonałych, optymistycznych, szlachetnych, karmazynowych, ambitnych, w witaminy bogatych, wesołych, przyjaznych, indywidualistycznych, altruistycznych, uprzejmych, zabawnych, unikatowych, sprytnych, dowcipnych, Krystynnych, kreatywnych, odważnych, błyskotliwych, lekkich, słonych, towarzyskich, zdolnych, złotych, zadbanych, atrakcyjnych, sumiennych, bystrych, poważnych, dobrych, dziecinnych, ciepłych, kwaśnych, radioaktywnych, radosnych, potulnych, czystych, ciężkich, ekwalistycznych, słodkich, gorzkich, różowych, pysznych, charyzmatycznych, dzielnych, dyskretnych, kochających, liberalnych, litościwych, lojalnych, namiętnych, rzetelnych, skrupulatnych, śmiałych, żądnych przygód, romantycznych, racjonalnych, powściągliwych, odpowiedzialnych, idealistycznych, smacznych owoców,

zza owoców owych głowy straszliwych timberwolfów czarnych wyłoniły się bardzo, razem z lasem owym przekształcone, i z części zdegradowanych złożone, a potem ciał reszty też wyłoniły się zza owoców tych, a w upływie oka mgnienia szkarady dwie wnet dokonywały konsumpcji naszej skromnej osoby, w porzeczkach gustujący nie i spożywający mięsne istoty przez sześć zeszłych miesięcy nie. Czuliśmy wówczas, z radością nie, iż coś nam we wnętrzach się rwie.



Ostatnio zmieniony przez DHMO dnia 4/4/2017, 10:57, w całości zmieniany 1 raz
avatar
DHMO (Tavi)
Admin/Grafik

Liczba postów : 68
Join date : 22/10/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Duch on 19/3/2017, 15:17

Co? Zdziwiony nagłą zmianą zachowania mojego rozmówcy, stałem i patrzyłem, jak zjawa z dużą prędkością uderzyła w drzewo i leciała dalej, lądując gdzieś, za krzakami z trzaskiem.

"O cholera. Trzymaj się! Już biegnę!" Wystartowałem, według moich przypuszczeń miałem koło 300 metrów do przebiegnięcia. Przedzierałem się przez krzaki, a ich ciernie zostawiały krwawe ślady na moim ciele. Słyszałem zbliżające się wycie i na plecach poczułem dreszcze. Przeskoczyłem przez kolejny rząd krzaków i ledwo zatrzymałem się przed końcem ścieżki. Co jest? Powoli podszedłem do krawędzi i spojrzałem w dół. W tym momencie krew zamarzła w moich żyłach. Trzy metry pode mną leżał duch. Z wielu ran na jego ciele sączyła się półprzezroczysta, złotawa maź. Trochę przypominała żywicę. Jego noga nie powinna zginać się pod tym kątem... To nie było najgorsze. Najgorsze były wilki. Podeszły do niego i zaczęły go obwąchiwać. Widocznie zapach je zadowolił, jeden nagle wgryzł się w leżące kucyko-coś.

NIE! Poczułem, jak mięśnie napinały się pod moim futrem. W kącie oczu zaczęła pojawiać się czerwona mgła, a mój umysł nagle wyrzucił z siebie wszystkie niepożądane myśli. Zostały w nim tylko chłodna kalkulacja i nienawiść. Ta nieoczekiwana nienawiść była najmocniejszym uczuciem w moim ciele. W głowie miałem tylko jeden impuls.

ZABIJ!

Kierowany podświadomością zeskoczyłem. W locie przekręciłem się w przód, robiąc salto i, prostując tylną nogę, wylądowałem na bliższym z wilków. Kopnięcie uderzyło w jego prawy bark, druzgocząc go. Prostując drugą nogę odbiłem się od mojego przeciwnika i stabilnie wylądowałem około pół metra od niego. Wzniosłem się na tylne nogi, podnosząc przednie nad głowę. Poczułem, jak mój róg zapala się i przez moje ciało wędruje magia. Skoncentrowałem ją w przednich kopytach i z całą swoją mocą zrzuciłem je na kark bestii. Z trzaskiem rozdzieliłem głowę od reszty ciała wilka, a moje uderzenie zostawiło ślad na skale pod nim. Na skraju percepcji zauważyłem drugiego stwora, w trakcie skoku na mnie. Byłem w niewygodnej pozycji i nie mogłem go uniknąć, więc obróciłem się do niego i rozstawiłem nogi szerzej, przygotowując się na zderzenie. Ten wilk był większy i cięższy od poprzedniego. Mimo przygotowanie, wytrącił mnie z równowagi i razem polecieliśmy do tyłu. W locie skręciłem ciało w tył i korzystając z rozpędu kopnąłem bestie wszystkimi kopytami, odrzucając go ode mnie. Kontynuowałem obrót i spadłem na cztery nogi. Mój przeciwnik szybko pozbierał się po upadku i stanął na przeciwko mnie w bojowej pozycji. Przez chwilę staliśmy tak. Smakując chwilę. Ciesząc się wyzwaniem. Rozpaliłem swój róg jeszcze raz, tym razem kierując jeszcze więcej magii do wszystkich kończyn.

ZNISZCZ!

Mój wzrok nabrał czerwono-biały odcień i w jednym momencie zaczęliśmy na siebie biec. Około trzech metrów przed spotkaniem wyskoczyłem, lądując na przednim kopycie i wykorzystując swoją energię do przekręcenia się i rzuciłem wyprostowaną, tylną nogę okrężnym ruchem, celując w głowę wilka. Stwór nie spodziewał się tak szybkiego działania i nie zdążył zahamować. Moje kopyto uderzyło w jego skroń i przeszło przez drewno bez przeszkód. Dzięki adrenalinie widziałem wszystko w spowolnieniu. Widziałem, jak moja noga wbija się w jego głowę. Widziałem, jak ogniki w jego oczach najpierw się rozświetlają, a potem powoli gasną, jak ulatuje z nich życie. Nie widziałem braku emocji na mojej twarzy.

Walka była skończona. Wstałem i otrzepałem się z kurzu. Coś tknęło mnie w głębi mojego umysłu. Wróciłem do swojego towarzysza i uważnie go badałem. Z takimi obrażeniami długo nie pożyje. Powinienem mieć miksturę leczniczą... Pogrzebałem w kieszeniach płaszcza i znalazłem butelkę, z czerwoną, lekko świecącą cieczą. Otwór był zapieczętowany, a całe naczynie było w drucianej siatce. Ostatnia... Jedyna, jaką znalazłem. Czy on jest tego wart? Jeszcze raz spojrzałem na rannego ducha. Leżący we własnej krwi, ze skręconą kostką i rozdartym brzuchem, wyglądał marnie. Wyglądał, jakby był nic niewartą ofiarą. Poczułem rosnący ból głowy. Zauważyłem, że nie zgasiłem swojego rogu, a moje kopyta praktycznie płonęły, od nadmiaru magii. Skupiłem się i próbowałem zmusić swoją magię do opuszczenia mnie.

NIE RÓB TEGO!

Nie kontrolujesz mnie.

RAZEM JESTEŚMY POTĘGĄ!

Nie mogę się zatracić.

ON CIERPI. DOBIJ GO.

"N-nie..."

DOBIJ!

"NIE!" Z krzykiem zamknąłem oczy i wyrzuciłem z siebie to... coś. Ostatkiem sił podszedłem do Podmieńca i napoiłem go miksturą. Ha! Tak się nazywał jego gatunek... Z tą myślą padłem na ziemię i odpłynąłem w czerń nieprzytomności...

Duch

Liczba postów : 10
Join date : 09/02/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  DHMO (Tavi) on 31/3/2017, 21:57

Czejndżling-bardzo-potężny-i-niezniszczalny jesteśmy na pewno tak. W samotnej grupie poradziliśmy sobie ze szkaradnymi straszydłami mrocznymi tak, ostudziliśmy i zgasiliśmy doszczętnie tę nadnaturalnę życiową iskrę stworzeń nieczejndżlingnych. Obudziliśmy się zatem z transcendentnego stanu sił niespełni, w czasie bliżej określonym nie, oko otwierając wpół i z bólu nadmiaru animację urywając.

Poprosiliśmy stawy o położenia zmianę trochę, a one zareagowały nawet bardzo, lecz ze spóźnieniem jakimś na tyle wystarczającym, że swą falę destrukcji grzyb zdążyłby zakończyć w czasie między. Ale wstaliśmy, oko już także w pełni otwarłszy troszeczkę. Gradualnie coraz lepiej czuliśmy się trochę bardzo, w tempie dość prędkim formę odzyskując tak, pomimo ciała na strzępy rozerwanego z lekka. O wnękach w dolnych kończynach nie mówiąc.

Wnet proces myślowy i pamięciowy rozpoczynać zaczęliśmy w rozkminieniu celu, jakie wydarzenia stały się po tym, gdyśmy tonem wyraźnim przepodróżowali po górnym stoku w sposób bekowy i beczkowy zarazem tak, a straszny również trochę, odpływając przy tym w połowie do zaświatowych realiów. Wieloletnia dieta tylko na porzeczek owocach, sokowych porzeczkach, ciastach i nektarach porzeczkowych, z porzeczkami lodach i tortach, zupach porzeczkowych i z porzeczek mięsie i liściach porzeczkowych oraz miłości kreaturowej oparta, owoc swój ujawniła w dzień owy bardzo na pewno Ale, że taką aż komorkową regenerację usprawniła, niełatwo było już uwierzyć mimo witalności ów witamin owoca boskiego trochę; byliśmy bowiem podczas tego rozmyślania do sił pełnych niemal wróceni, a rany niczym ponna niewinność przeminęły naprędko bardzo, w blizny kształt zmieniające tak troszkę, jakby czejndżlingowe role odgrywać zechciały były.

Autyzm swój przerywając, do czarnej realistyczności wróciliśmy bardzo. Była ona ciemniejsza jeszcze bardziej niż przy spotkaniu z ponem trochę bardzo. Oświetlenie sobie włączyliśmy, bośmy mimo wzroku niezmierzonego i nieskończonego czejndżlingowego żadną barwę rozróżnić mogliśmy nie. Dostrzegliśmy dziwną za to rzecz pewną tak. Poniacz nasz leżał koło nas, znalazłszy się tu z powodów określonych bliżej nie. Jak tu przyjść mógł, skorośmy od niego przeturlali się z dala troszeczkę, w stanie byliśmy zrozumieć nie. Z litości chęci zechcieliśmy go ze stanu transcendentnego zbudzić, nie chcąc czejndżlingowej karmy na pastwę owych timberwolfów niekrystynnych zostawić. Różne niewerbalne techniki zastosowaliśmy troszkę, nocnego lasu do życia chcąc budzić nie. Szturchanie w punktach różnorakich dawało cokolwiek nie, bo pon na nadzwyczaj wykończonego biegiem z górki wyglądał, aż z wycieńczenia groziły mu różne przygody okropne. A gdy chcieliśmy go już przesuwać za górne kończyny w miejsce spokojniejsze, dostrzegliśmy koło owych kończyn flakon podłużny dość, ktory trzymać był musiał tak, a potem upuścił, przytomność straciwszy. I puste w środku owe naczynie było prawie, śladową tylko ilością błyszczące w rożnej iluminacji, falami częstotliwości niskiej bardzo, ale widzialnej raczej na pewno. Ujrzeliśmy ją okiem rozszerzonym z lekka, a wnet ze zdumieniem woń nozdrzami sprawdziliśmy.

Wyprostowaliśmy kończyny nasze wyleczone i z poziomu wyższego na dobrodzieja spojrzeliśmy tak. Choć pokonaliśmy wilczydła z wysiłkiem bohaterskim na pewno, ów zesłany dopomóc nam raczył trochę, regenerującą miksturę przełykowi naszemu poharatanemu podając, o wiele szybszy do zdrowia stanu powrót umożliwiając. Ów wyczyn bardzo bohaterski, dzielny, chrobry, odważny, lukullusowy, luksusowy, śmiały, szczodry, waleczny, ofiarny, nieulękły, prometejski, rycerski, dobry, nieśmiały, nieustraszony, wspaniałomyślny, hojny, wielkoduszny i sowity, nieskąpy, duszny, przebojowy i szumny był, a przereagowaliśmy szczęściem dość tak, gdyż przedtem ktokolwiek dobrocią wykazał się nam po Krystynym zniknięciu nie. Myśleć chcieliśmy prawie, że z ów ponem powinniśmy byli miejscami zamienieni być trochę tak.

Na szczęście dla zdrowia zmysłów naszego, myślenie przerwaliśmy nagłym dość szokiem, niespodzianym i przerażającym, odgłosem spowodowanym strasznego stworzenia i przerażającego, i lęk wzbudzającego i dyskomfort, które larwy przez sen stresem w lot wprawia, ale nazwę jego znaliśmy nie, i też głos przedtem słyszeliśmy nie, gdyż jakiś to postapokaliptyczny mutant był, którego ktokolwiek samoświadom poznał kiedykolwiek przedtem nie.

Dość tylko, że owe rzężenie usłyszeliśmy, a już na odwłoku pona trzymaliśmy trochę, pod masą jego uginając się, pomimo nieskończonej siły naszej czejndżlingowej tak. Powolnym tempem kroczyliśmy, skąpo każdy krok nowy stawiając, by ciszę absolutną zachować i niemocy uniknąć za szybko na pewno. Wiatr nuklearny począł oblicze nasze łaskotać, a ziemia gładsza robiła się coraz bardziej, przeto bezboleśnie w miarę mogliśmy przeprawiać się powoli. Trudno dumę potrafiliśmy ukryć, gdy rozjaśniać zaczęło się nieco tak. Las opuszczaliśmy czarnych kreatur, a czarna noc nas opuszczała.

Aż zamarliśmy w pewnej chwili, bo straszna rzecz się stała; poniacz ze transcendentnego stanu zbudził się, a sił zregenerował był nadto, przez co z płuc głośny dźwięk wydobyć w stanie był zdecydowanie za bardzo na pewno chyba tak trochę z lekka zdecydowanie. Aż zamilkł sam i sztywną formę przybrał, lecz za późno było już tak, bośmy znowu kreaturę szkaradną usłyszeli przez to, ze wszystkich stron wkoło nas traktując mrożącymi do nożnych dziur odgłosami mutanta, które do żadnego ziemskiego ssaka czy arthropody należeć mogły nie. Jakaś w nich mieszanka charkotu, skrzeku, rzężenia i bulkotu wielokrotnego, a także wysokich jakichś szarpań i trzasków była, a potęgowała odczucia jeszcze wszechobecność ambientalna wraz z echem głębokim.

Przeknęliśmy cicho pona głosem stanowczym bardzo, a zaraz nadto pon spadł. Po oszołomienia chwili, odnaleźliśmy w blasku kontur jego kończyny przedniej, chwyciliśmy jakoś naszą własną, bo z magią i ranami czejndżlinga palce potrzebne są nie, a potem galopowaliśmy z nim razem, z powodu nam samym nieznanego w sumie, skoro beznadziejnie zachował się tak bardzo. Zważając już na las i dyskrecję nie, pierwszy w żywocie raz przeraziliśmy się innym czymś od Księżyca blasku i zdala od owego miejsca chcieliśmy być tak. Lecz mutantowa aura, otaczając nas jakby, zbliżała się coraz bardziej troszeczkę. Słyszeliśmy ją już na tyle, że szum w uszach słyszeć mogliśmy na pewno. A wtedy... spadliśmy. Korzeń jakiś na wysokość dziesięciokrotnie maksimum przekraczającą wzrosnąć raczył. Ale pon podał nam kończynę górną i z wysokich drzew wybiegliśmy. Wśród zarośniętych pól znaleźliśmy się, ogromną połać czarnego drzewostanu za odwłokiem zostawiając. Lepiej, kreaturę za sobą wśród wysokiej roślinności ostawiając, zespajanej najwyraźniej i zintegrowanej z owym miejscem niekrystynnym dalece.

Aż położyliśmy się, by odpoczynku zaznać, a wykończeni byliśmy naprawdę na pewno, pomimo czejndżlingiem bycia. I ze zdumieniem zauważyć mogliśmy, iż noc była znowu tak. Samo jej centrum wręcz, bez fotonu najmniejszego odbijającego się od sfer niebieskich. Mieliśmy chwilę, by nad swą potęgą zastanowić się, skoro czas nawet odmierzyć potrafiliśmy nie. Dlaczego pomógł pon nam, dlaczego pomogliśmy my ponowi w zamian za pomoc nam, zrozumieć mogliśmy nie. Dumaliśmy, co to za potęga była, że jak słońce oświetlała ze wszech stron drogę, aż uświadomiliśmy sobie, że radianty napromieniowane świecą raczej tak. Zapominając o owym incydencie tak, w przyszłość spojrzeliśmy chętnie, chcąc pony jakieś żeńskie odnaleźć, bo po porzeczki do lasu pójść już mieliśmy nie bardzo kiedykolwiek. A przecież po regeneracji owej, która z powietrza wziąć mogła się nie, i dwóch walkach straszliwych, posilić musieliśmy się jakkolwiek.



Ostatnio zmieniony przez DHMO dnia 4/4/2017, 11:04, w całości zmieniany 1 raz
avatar
DHMO (Tavi)
Admin/Grafik

Liczba postów : 68
Join date : 22/10/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Duch on 3/4/2017, 21:13

POBUDKA…

Ugh… Moja głowa… Co się stało?

UDAŁO CI SIĘ. URATOWAŁEŚ PODMIEŃCA. I PRAWIE UMARŁEŚ Z WYCIEŃCZENIA.

Heh. Było warto. Chyba go polubiłem.

ZDRADZI CIĘ. JAK WSZYSCY INNI.

Co? Jacy ‘inni’?

NIEWAŻNE… TERAZ MUSISZ SIĘ OBUDZIĆ. ROBI SIĘ NIEBEZPIECZNIE.

Czekaj! Co się dzieje? Gdzie jestem?

LEŻYSZ, POZBAWIONY PRZYTOMNOŚCI, NA PLECACH SWOJEGO PRZYJACIELA.

Oh. To możesz mi powiedzieć, kim jesteś?

KIM JESTEM? PRZECIEŻ SAM TO WIESZ, MUSISZ SIĘ TYLKO ZASTANOWIĆ. CZAS SIĘ BUDZIĆ…

Ale… Nic mi nie powiedziałeś… Odpowiedz na moje pytania!



Oczywiście…

„Ałaaa...” Wracając do zmysłów, zdałem sobie sprawę, że wszystko mnie cholernie boli… „Zabiję tego podmieńca, jak jeszcze raz tak odleci...” Zaraz, mogę zabić ducha? Nagle, coś pode mną ruszyło się gwałtownie, a ja znowu przywitałem się z ziemią. Wstałem i otrzepałem się, ale czarne kopyto złapało mnie i zaczęło ciągnąć. Spojrzałem na jego właściciela i zobaczyłem znajomego ducha. Zaczął biec, a ja podążałem za nim. Reszta biegu zmyła się w jedność… Biegnę. Wokoło słychać bestię. Przyspieszam. Coś patrzy się na nas zza krzaków. Omijam drzewo. On się przewraca. Pomagam mu wstać. Biegniemy dalej. Las się przerzedza. Drzewa się kończą. Wbiegamy na łąkę. On pada ze zmęczenia. Odwracam się w kierunku lasu. W gęstwinie dostrzegam mutanta.

Kiedyś piękna chimera była zniszczona przez Taint i promieniowanie. Na jej boku widziałem nieregularne narośle. Groteska wydawała się tematem przewodnim w jej wyglądzie… Spojrzałem się na jej oczy, ale w tym momencie odwróciła się i uciekła w głąb.

Rozejrzałem się po polanie. Po mojej lewej widać było złoty poblask na horyzoncie. Wschód. Długo biegliśmy. Na wprost polana przekształcała się w wzgórze. Zmęczony ucieczką uznałem, że nie mam ochoty na wspinaczkę. Spojrzałem w prawo i zdziwiłem się. Kilkaset metrów ode mnie stał budynek. Nie taki, jak szopa przy wyjściu ze Stajni. Ten wyglądał jak dom. Przynajmniej na apokaliptyczne standardy… Moją uwagę zwróciło ciche chrapanie z wysokiej trawy. Prawie o nim zapomniałem… Jak udało mu się tu przeżyć? Co z nim zrobić? Dokładnie obejrzałem otoczenie, myśląc, co zrobić ze śpiącym robako-kucem… Z moją głową zawsze było słabo, a zmęczenie z pogoni tylko pomagało to pokazać. Dlatego uznałem, że: Chyba mogę go tu zostawić… Trawa jest na tyle wysoka, że nie widać go z daleka… Mutant nie wychodzi z lasu… Najwyżej po niego wrócę.

Z tą myślą odwróciłem się w stronę domu i zacząłem powoli iść. Im bliżej podchodziłem, tym więcej szczegółów mogłem zauważyć. Zawalony dach. Dziury w fasadzie. Zabite deskami okna. Szkielet leżący przed drzwiami.

Spojrzałem na niego, a w odpowiedzi jego puste oczodoły wpatrywały się we mnie. Jego pęknięta szczęka imitowała prześmiewczy uśmiech. Skrzywiłem się na tę myśl. Myślisz, że masz lepiej, bo nie musisz już na to wszystko patrzeć? Nagle, ogarnięty złością, kopnąłem tę przeklętą kupę kości. Siła uderzenia poderwała szkielet w powietrze i zrzuciła go z progu. Przy lądowaniu złamała mu się szczęka, która wyglądała, jak przerysowany grymas bólu. Coś jest nie tak z tym szkieletem… Wydawało mi się, że poczułem lekkie dreszcze na plecach. Otrząsnąłem się i magią sięgnąłem w kierunku klamki. Zawahałem się, wziąłem głęboki oddech i otworzyłem drzwi.

W jednym momencie moja złość wyparowała. Wszystkie myśli zniknęły, a mięśnie zastygły. Nie mogłem nawet mrugnąć. Za drzwiami spodziewałem się… Sam nie wiedziałem czego! Na pewno nie tego!

Zamiast przytulnego mieszkania widziałem krater. Zamiast pomarańczowego płomienia kominka widziałem toksyczno-zielone inferno. Zamiast wygodnego łóżka widziałem łoże czarnej mgły na horyzoncie. Nawet nie wiedziałem, dlaczego spodziewałem się zobaczyć cokolwiek… Patrzyłem na miejsce, w którym uderzyła bomba. To z takich miejsc, jak to, Equestrię ogarnęła fala śmierci. Nie mogłem wyjaśnić swoich uczuć. Czułem w sobie pustkę. Irracjonalną, ale zbyt znajomą pustkę, której nie mogłem się wyzbyć. Czemu… jest mi tak niedobrze? Błysk światła na podłodze zwrócił moją uwagę. Sięgnąłem magią w jego kierunku i z popiołu podniosłem popaloną ramkę na zdjęcia. Zaraz… Popiół? W chwili przebłysku rozejrzałem się po wnętrzu ‘budynku’. To, co na początku wydawało się być pięknym domem, było tak naprawdę jedną ledwo stojącą ścianą. Cała reszta była spalona. Tylko cud uratował ostatni mur przed zniszczeniem. Oh. Co się stało z kucami, które tu mieszkały? Popatrzyłem na popiół pokrywający wszystko wokół.  Lepiej nie widzieć.

Po tej małej rewelacji jeszcze raz spojrzałem na ramkę. Było w niej coś, co wyglądało, jak pocztówka. Wyblakła i przepalona w jednym miejscu, ale nadal można było zobaczyć na niej parę budynków i mało widoczny napis „Witajcie w Ponyville!”. Z szeroko otwartymi oczami spojrzałem na budynki na zdjęciu i na roztaczający się przede mną krajobraz. Dalej od epicentrum wybuchu mogłem wyróżnić ruiny, które pasowały do rozmieszczenia budynków na pocztówce. „A więc to było Ponyville…” Ogarnął mnie smutek, którego nie mogłem wyjaśnić. Odkładając ramkę na miejsce, odwróciłem się i przeszedłem przez otwarte drzwi. Jeszcze raz spojrzałem na szkielet. Dlaczego ty nie masz swojego ducha? Z taką myślą zacząłem wracać do podmieńca.

Nawet się nie ruszył… Cholera, moje gardło… Od powrotu z domu na skraju krateru męczył mnie kaszel. Pewnie od tego cholernego popiołu… Spojrzałem na wschód. Słońce jest już wysoko nad horyzontem… Spojrzałem się na postać leżącą w trawie. A on dalej śpi… Spojrzałem się na siebie. A ja jestem głodny…

ZJEDZ GO.

„Co kurwa?”

W LESIE PEWNIE ZNAJDZIESZ JEDZENIE…

„Tak lepiej, głosie w mojej glowie...”

Poszedłem w stronę lasu, myśląc: Czy jest ze mną coś nie tak?

~Parę godzin później~

„Cholerny jeżozwierz...” Powiedziałem, magią wyciągając ostatnią (miałem nadzieję) igłę z bardziej cennych części ciała… „Ale przynajmniej poszukiwania jedzenia były owocne!” Po około dwóch godzinach tułaczki po lesie udało mi się znaleźć mniej zalesione miejsce, w którym rosły krzaki z jakimiś małymi czerwonymi jagódkami. Były dosyć kwaśne, ale przynajmniej zapełniały żołądek. I było ich dużo. Naprawdę dużo. Udało mi się zapełnić większość kieszeni płaszcza. Nie mogłem opisać radości, jaką to mi sprawiało.

Wyszedłem z lasu i byłem z powrotem na znajomej łące. Najpierw poszedłem sprawdzić, co z Duchem. Oczywiście, spał dalej. Słońce już chyliło się ku zachodowi, a ja, nie mając nic lepszego do zrobienia, chciałem zobaczyć sam zachód. Poszedłem do starego domu i oparłem się o ścianę. Jeszcze raz przyglądając się kraterowi. Potem, bezczynnie czekałem na koniec dnia.
Co teraz zrobimy? Pójdziemy na wschód? Trzeba jeszcze sprawdzić, co jest za tym wzgórzem.

Jak oni wszyscy się czuli, gdy umierali? Modlili się, a może mieli kryzys wiary? Krzyczeli, czy może w ciszy akceptowali swój los? Chcieli ratować swoich bliskich, czy tylko swój tyłek?

Czemu to miejsce jest tak dziwnie znajome? Czemu ten szkielet nie miał własnego ducha? Czemu te wszystkie kucyki musiały umrzeć? Musiały? Nie… Nie musiały… To nie z ich winy wszyscy umarli.

Ale najważniejsze: Czemu ten głos w mojej głowie jest taki pojebany?


Ten zachód jest piękny…

To prawda...

Duch

Liczba postów : 10
Join date : 09/02/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  DHMO (Tavi) on 7/4/2017, 18:19

Zzzzz.
Szszszsz.
Bzzz.
Trrr.

Czejndżling-bardzo-regeneratywny jesteśmy na pewno bardzo zdecydowanie chyba tak. Chwila tylko odpoczynku wystarczyła tak, by w pełni witalność odzyskać na pewno. Ciemno wszak było wciąż trochę, ale wschód po niebieskiej barwie czerwonawej z dedukcji naszych zapowiadał się w momencie owym właśnie. Pozbawieni w przedczołowej korze treści jakichkolwiek, poczęliśmy w powietrzu rytmicznych wzniesień sinusoidalnych dokonywać trochę, tak się przemieszczając przy tym, by w głupawego pona strony trafić trochę tak.
Hop, hop
Kic, kic
Bęc, bęc
Prrr.

Kroków tyle, co półtora pona do ziemi przybitego kończyn ma, wyliczyć zdołaliśmy, nim nadnosowej drzewoskórze przypomnieć się śmiało, iż trudne czasy nastały, apokaliptyczne grzyby rozrzucano trochę często, gleba zbyt porośnięta do ruchu swobodnego była, a myśmy — żywnościowego układu organicznego zakaźliwa choroba niczym — żywności żądni byli bardzo tak, a porzeczki mieliśmy nie. A wówczas do kroku i samopoczucia zwykłego wrócić raczyliśmy, by wewnętrznych procesów szybkość zmniejszyć raczej, ale z przesadą nie.

Dziwnie działo się też tak, bo prócz organicznych produktów jadalnej natury większą jeszcze mieliśmy na substancję taką chęć, której nawet nazwy pamiętaliśmy nie. A kształtozmienna prawie jak my była, lecz we względnie czystą formę o nią w warunkach po grzybach po deszczu łatwo nie za bardzo trochę, a tylko na takową ochotę mieliśmy z lekka tak. Nazwę jakąś istotną dla naszej osoby miała, lecz doskonała pamięć czejndżlinga zawieść nas wówczas chciała.

W ostateczności poniacza gdziekolwiek widzieliśmy nie, ale w strony określone nie poszedł był raczej nie, bo intelekt ma na to od swojego przyzwawcy wystarczająco zależny nie nie. Z chęcią na jego koordynatów odszukiwania czasu drogocennego spędzanie nie, po polanie ocznym białkiem szerokim rozejrzeliśmy się tak trochę. A zarośnięte było roślinną materią z lekka za bardzo, z trawami samymi rozmiarów średnich, sporych dość w sumie, pokaźnych nawet, brzoza niczym wręcz, metrowych, wyniosłych, dużych, wielkich, wysokich, bosiężnych nie, botycznych nie, ogromnych, zogromniałych, długich, dąb niczym wręcz, wyrosłych, rozrośniętych, przerośniętych, podniebnych, hektometrowych, sekwoja niczym wręcz, wybujałych, olbrzymich, gigantycznych, kosmicznych, chmur sięgających, znacznych, szlachetnych, dobrych, doniosłych, znaczących, rozrosłych, zrosłych, zwalistych, muskularnych, umięśnionych, nieułomnych, słusznych, okazałych, herkulesowych, tęgich, szerokich, postawnych, smacznych, wystawnych, zbudowanych, fizycznie dobrze rozwiniętych, kilometrowych, strzelistych, krzaczastych, wykrzaczonych, alpejskich, dojrzałych, himalajskich, izerskich, wysmukłych, przeogromnych, bezbrzeżnych, zawrotnych, gwałtownych, bezkresnych, nadponnych, krystynnych, zmiernych nie, zliczonych nie, eksametrowych, przeliczonych nie, intensywnych, mamutowych, bezgranicznych, skończonych nie, lim n == ∞, ogarnionych nie, kończących się nie, aż do podnozdrza sięgały naszej formie czasem zdecydowanie, a czasem zdecydowanie nie.

A pyłu przy tym popromienistego było trochę na pewno, aleśmy artropodem, czejndżlingiem interesującym się warunkami takimi nie. Lecz adenozynotrójfosforanów potrzebowaliśmy tak. W diapauzę wpaść mogliśmy trochę i nuklearną przespać zimę, lecz spodobała była nam się rzeczywistość nowa za bardzo troszkę.

A wtedyśmy na krzakach niebieskich jakichś jagody ujrzeli smakowite, lecz porzeczki były to raczej nie. A jeśli tak, to kilka razy przerośnięte trochę i barwą wypłowiałe na pewno. Myśląc więcej nie, ząb w smakołyk wtopiliśmy na rozkoszne owoce przeżycia gotowi, tylko by zgryz połamać sobie niemal wierzchnią owoca warstwą stwardniałą za bardzo, jakbyśmy taran drewniany (lecz potężny i krystynny, wartością skończony nie i złoty) we wrota obsydianowe mithrilem zakneblowane wbijali, magią czejndżlingową ogarniętą nie wspomaganymi jeszcze. Z gałęzi owoc wyrwaliśmy więc tak, co z łatwością nieoczekiwaną zbytnią przyszło, aleśmy zamachnęli się w przygotowaniach i wnet w cierń wpadli. Ranami zabarwieni na tęczy odcienie, lecz złomni nie, owoc z ziemi kończyną górną chwyciliśmy tak i o kamień roztłukliśmy tak, a w środku pusty był. Miąższu żądni, a zawiedzeni też zatem bardzo z pewnością tak, kończynę dolną z buszu wznieśliśmy i w stronę tamtego domu udać się postanowiliśmy, bośmy na idęę takową wpadli, że pon w wisielca mógł bawić się tam.

Niełatwiej szło się raczej, albowiem luminescencja niebieska przygasła z przyczyn jakichś, i każdy element ujrzeć mogliśmy nie. W jakieś ssakowe robactwo orzecha rozmiarów deptaliśmy wciąż, krystynne nie bardzo, artropodowe nie i estetyczny zmysł rujnujące na pewno. A wtedyśmy uświadomili sobie tak, że dzień cały przediapauzowaliśmy w transendencyjnej fazie i sanbat opuszczania horyzontu już dokonywał, cośmy z zadowoleniem i kontentem przyjęli w ogóle nie. Zamartwialiśmy się jednak za długo nie, bośmy czejndżling wielki, potężny, strasznie i strasznie potężny oczywiście, co na każdym innym kroku udowodnialiśmy naszym działaniem tak.

Pod dziurawą budowlą i poharataną stanęliśmy tak. Imponowała nam nie, lecz aurę trzymała jakoś typową nie, niczym czarna taka dziura, którą zresztą w oczach narządu zwykłego wzroku była na pewno, przyciągała oblicze nasze interesem swoim kosmicznym i grawitonami atmosferowymi. Spędzilibyśmy w ruderze tej resztę życia nie, lecz obejrzeć zawartość mogliśmy tak. Takowoż z aprobatą dla własnej decyzji weszliśmy z szybkością ponów tysiąca, z drzwi zgrzytem donośnym dość i hukiem, gdyśmy o zawias ledwie trzymający uderzyli koniec tak. Wnętrze wewnętrznej budynku części zaś zadziwiło nas nie, gdyż było jakiekolwiek nie; przez ścianę samotną przeszliśmy tak, z wrotami wykonanymi ładnie tak, choć w czasach ładnych żyjących nie. Po treści zaściennych otwór wziemny pozostał przy tym trochę. Emocji głębszych wzbudziło w nas to nie, bośmy realia znali troszkę i świadomie tkwili w nich, a gwiezdne odejście na tamtą nieba stronę wyglądało nawet trochę dobrze tak. A pon tam siedział tak i na zdarzenie owe z zainteresowaniem spoglądał, z twarzą mono no aware i melancholii pełną, ale plecami odwrócony do nas siedział tak. Kończyny dolne wprawiliśmy wnet w ruch.

Jakowo przyjemny nie, tak wzbudzający w estetyki poczuciu wrażenia pozytywne i szczęśliwe zachód pośladka życiodajego był nawet niż trochę tak bardziej, ze swoim od czerwieni po pomarańcz jak sznur szerokim barwnym spektrum tak. Pon dalej w schizoaustystycznej myśli siedział  własnej jakby, z widzadłami szkaradnymi w sunbutt wlepionymi migawkowo nie oraz statycznie strasznie tak. Myśmy również doskonałe czejndżlingowe widzące organy w przestrzeń horyzontalną skierowali troszeczkę, pręty siatkówkowe magnetoelektryczną praną karmiąc. A wnet, znikąd jakby, a z energii słonecznopośladkowej może bardzo, przemknęły nam wyrazy przez głosowy narząd chyba:

— Teraz, gdy już na zmianę do ponadziemskiego stanu już na zmianę wznosimy się nie, postalny długości standard ograniczyć moglibyśmy tak, aby komunikacja większy sens miała tak, a żebyśmy też ruszyć dokądś mogli też trochę.

Poniacz ten na pewno bardzo. Tak. Jakbyśmy mu, w czterech ścianach zamkniętego chyba, gdzie trzy zburzone nuklearnie były były tak, jedną ze ścian złymi-bardzo-strasznie nuklearnymi siłami zniszczyli tak, jego samego przy tym w formie przedeksplozyjnej zostawiając jednorako, a po tym go substancją tą, której to nazwy pamiętamy nie, jeszcze wiadrem potraktowali z pi-pólnym zamachem przymierzonym, a potem helleńsko mu do słów to przyrównali troszkę, co zresztą prawdą przenajkrystynniejszą było na pewno, w takowy sposób na naszą skromną osobę spojrzał chyba z pewnością, aleśmy pewni do końca nie, bośmy patrzyli na oblicze jego marne w owym momencie raczej nie bardzo, bo wciąż był tylną korpusu częścią odwrócony do naszej osoby skromnej.

Zadowoleni z efektownego wejścia, spoglądaliśmy na niebo dalej tak, oglądając ostatniego szczątka Celestii odejście; pona wrogiego Krystynie nam zdecydowanie, ale na respekt zasługującego. Nawet nam, czejndżlingom, magnetoelektrycznych fotonów porzeczkodajnych dającego.

avatar
DHMO (Tavi)
Admin/Grafik

Liczba postów : 68
Join date : 22/10/2013

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Duch on 12/4/2017, 23:42

Nie wiem, ile siedziałem w ruinach… Zatraciłem się w uczuciu ciepła pochodzącego z zachodzącego Słońca, które potem przerodziło się w przyjemny dreszcz, kiedy promienie słoneczne przestały ogrzewać powietrze wokół, a za moimi plecami pojawił się piękny, blady Księżyc. Dalej męczył mnie kaszel, a wszechobecny popiół z tym nie pomagał. Wstałem więc i obróciłem się z zamiarem wyjścia z domu, ale nie zdążyłem postawić kroku, zanim mój nos uderzył w coś twardego, a ja, z prawdziwie męskim krzykiem, odskoczyłem do tyłu. Niestety, podstępny kamień niespodziewanie znalazł się pod moją nogą, co rychło poskutkowało bólem dolnej części pleców.

Leżąc tak na brudnej ziemi, otworzyłem oczy i odetchnąłem z ulgą. Przede mną stał mój towarzysz. Widocznie zaimponowałem mu swoimi umiejętnościami akrobacyjnymi, ponieważ jedną brew miał uniesioną wysoko, a cały stał w miejscu, całkowicie oszołomiony.

Podniosłem się, strzepałem popiół z płaszcza i z nerwowym uśmieszkiem powiedziałem: „H-hej! Nie zauważyłem cię… Właśnie chciałem pójść sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku. Wszystko okej?” Powolne, pojedyncze skinienie głową było moją odpowiedzią. „Świetnie! Chyba możemy się stąd zabierać.”

Zacząłem przechodzić koło niego, w kierunku drzwi, ale nagle stanąłem wpół kroku i obróciłem się w jego stronę. „Em… Jak długo tu tak stałeś? Słyszałeś coś dziwnego?” Naprawdę nie chciałem, żeby słyszał, jak rozmawiam z tym dziwnym głosem…

Widocznie zaskoczony pytaniem, odsunął się na parę centymetrów i, aż podniósł przednie kopyto z ziemi. Energicznie otrząsnął głową, a mi to wystarczyło. Wyszedłem z ruin. Wydawało mi się, że za plecami usłyszałem ciche westchnięcie. No co? Nie moja wina, że jestem inny…

Trochę pospiesznym krokiem szedłem w kierunku wschodu. Zaraz… Czemu on jest twardy? Duchy mogą być fizycznymi bytami? Z tą myślą zatrzymałem się na chwilę. Szybko ją porzuciłem, dochodząc do wniosku, że nie warto teraz o tym myśleć.

Szliśmy parę minut, aż doszliśmy do niezbyt pochyłego zbocza. Przed nami rozpościerała się kotlina. Z lewej Everfree łapczywie wdrapywał się na piękny krajobraz. Mnie więcej przez środek przepływała rzeka. Po prawej rozpościerały się lekko porośnięte pagórki i kępki drzew. Daleko, wszystko było otoczone pasmem gór. Wydawało mi się, że widać na niektórych szczytach widać plamy śniegu, ale przez jego zielonkawy kolor zastanawiałbym się nad tym. Cokolwiek to było, to na pewno nie była zamarznięta woda. Widok piękny, ale to nie on był tym, co skupiło mój wzrok najdłużej.

W oddali, na południowym wschodzie, nad brzegiem rzeki widziałem… Miasto. Nie zwęgloną dziurę, jak Ponyville. Nie wielkie technologiczne polis, którego zdjęcia widziałem w Stajni. Zwykłe, niezbyt duże miasto. Jednak, wtedy to miasteczko wydawało mi się ważniejsze, niż Canterlot.

To jest nasz cel. Tam MUSI ktoś być. Obróciłem się do Podmieńca z szerokim uśmiechem na ustach, ale zanim cokolwiek powiedziałem, zgiął mnie nagły atak kaszlu. Dużo silniejszy, niż dotychczasowe. Zasłoniłem usta nogą, a kiedy atak się skończył, odsunąłem ją i z szerokimi oczami spojrzałem na czerwone plamki na moim białym futrze. Czy to… Krew? Nieważne. Teraz trzeba się zająć czymś innym. Wytarłem nogę o płaszcz i wyprostowałem się. „Tam na horyzoncie widać miasto! Musimy się tam dostać!” Wskazałem w ogólnym kierunku naszego nowego celu. Duch podążył wzrokiem za moim kopytem i wyraźnie się skrzywił. „Coś nie tak?”

zt.

Duch

Liczba postów : 10
Join date : 09/02/2017

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: The Everfree Forest

Pisanie  Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach